Kategorie
Wrocławskie granie
izabela, pon., 02/21/2011 - 18:43 |Gdyby nie fakt, że dostałam ją do rak własnych, do recenzji, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po „Wrocław”. Z całą pewnością byłaby to spora strata.
Być może płyta nie zmieniła mojego życia, ale na pewno wniosła do niego blisko godzinę przyjemności i miłego zaskoczenia. W dzisiejszych czasach – bezcenne.
Na pewno pewnego rodzaju sygnałem „to może być coś ciekawego” jest widniejący w lewym rogu okładki logo radiowej Czwórki. Oczywiście, to może być złudne, ale jednak polecenie Polskiego Radia do pewnego stopnia niesie za sobą uczucie pewności, a przynajmniej śmiałe przypuszczenie, że oto z pewnego poziomu na pewno nie zejdziemy i że mamy przed sobą coś wartościowego. Tak też właśnie jest. Co więcej, jeden z listy utworów składających się na „Wrocław” („Piosenka o pointach”), znalazł się na liście przebojów radiowej Trójki.
Być może „Wrocław” to nie arcydzieło, płyta super wybitna, czarna perła czy też – pozostając w sferze porównań flory i fauny – czarny kruk. Niemniej, jest to debiut, którego, jeżeli trochę bardziej niż powierzchownie interesuje się polską muzyką, przegapić nie można. Nawet jeśli nie chce się z Jankiem Samołykiem budować stabilnego związku, warto pokusić się chociażby o przeżycie parawakacyjnego romansu.
Naprawdę warto. Z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego, że to solidne kilkadziesiąt minut dobrej muzyki, pobrzmiewającej gdzieś między Brit popem a poezją śpiewaną, urozmaiconej rozmaitymi „przeszkadzajkami” i wstawkami elektro, jak np. w intro do utworu „I ain’t gona give up (yet)”. Po drugie dlatego, że „Wrocław” to album oryginalny i wyraźnie sygnowany ręką wrocławskiego (jak artysta określa sam siebie a stronie internetowej www.janeksamolyk.com) wokalisty, gitarzysty i songwritera, więc posiadający charakter, i temperament do pewnego stopnia niepowtarzalny. Po trzecie wreszcie – pozwolę sobie przytoczyć tu argument czysto pragmatyczny i komercyjny, aby przekonać tych, do których nie trafiły dwa pierwsze – dlatego, że Janek Samołyk i współtworzący z nim muzycy (Przemek Mikołajczyk – klawisze i chórki, Tomasz Mreńca – skrzypce, Piotr Wojniusz – bas) zdobyli tyle nagród i wyróżnień, że kojarzenie ich jest stanowczo w dobrym tonie.
Do zalet krążka należy zaliczyć też tą, że autor powstrzymał się od, do znudzenia wykorzystywanej praktyki, zamieszczania na płytach tekstów wyłącznie anglojęzycznych. Chociaż trzeba zauważyć, że ponad połowa, bo aż 7 z 11 kawałków, jest po angielsku, to na szczęście nie wszystkie. I moim zdaniem właśnie te polskie teksty wydają się wyraźniejsze, bardziej dookreślone i mocniejsze, bardziej „o czymś” (jednym z moich faworytów z płyty jest utwór „Zdjęcia”).
Kolejną mocną stroną jest warstwa muzyczna. Na specjalną uwagę zasługują tu na pewno dodające oryginalności i głębi, a zarazem pewnego pazura, elektryczne skrzypce. Oczarowały mnie też dźwięki gitarowe. Wyraziste, przemyślane i brzmiące tak, że nogi same zaczynają przebierać w miejscu. Ale właściwie czemu tu się dziwić, skoro Samołyk czerpał inspiracje i z The Beatles i The Beach Boys.
Mniej trafia do mnie projekt okładki i strona graficzna płyty, przez co szczerze mówiąc, dość długo zabierałam się za jej przesłuchanie. Chociaż można powiedzieć, że akurat tu zwyczajnie się czepiam, bo przecież w muzyce nie o to chodzi, żeby była ślicznie oprawiona, ale by dobrze brzmiała. Z drugiej strony, wszyscy wiemy, że chociaż nieustannie się powtarza, iż liczy się wnętrze, każdy zawsze patrzy na opakowanie. Może jednak okładka miała być właśnie taka? Trochę niedzisiejsza i ciut niemodna, jak sam Samołyk, wyglądający z niej w zabawnym meloniku, jakby ukradzionym samemu Watsonowi?
I, proszę państwa, okazuje się, jeżeli się chce, to można. Można nagrać dobrą płytę. Da się napisać dobre, wartościowe, sensowe teksty nie o niczym i można skomponować pod nie dobrą muzykę, odważnie bawiąc się gatunkami i czerpiąc z przeróżnych gałęzi muzyki. A to wszystko jest do popełnienia nawet kiedy się jest artystą stosunkowo młodym. Co więcej, da się to wszystko zrobić w Polsce. Pytanie tylko – czy można dobrze sprzedać. Niestety, mam co do tego wątpliwości. Ale to już zupełnie inna historia.
Utwory na płycie:
1. Wszy
2. Anybody home?
3. Piosenka o pointach
4. Getting colder
5. In the name of progression
6. Portrait of a drunk tunesmith
7. I ain’t gonna giveng up (yet)
8. Updating family trees
9. Zdjęcia
10. Wrocław
11. Marie from Paris
Janek Samołyk, „Wrocław”
Polskie Radio SA
Szukaj
Najnowsze komentarze
-
Тут вы обязательно отыщите для себя очень много от...>>
-
Spoko. Afirmacja życia, hart ducha, ascetyzm plus...>>
-
To tylko fragment tekstu. Tę "wytężon...>>
-
ej, ale to Białowąs była pierwsza, a nie...>>
-
Świetny tekst. Pełen ciekawych metafor i świeżego...>>
Kategorie |
Aktywność |






Facebook
Wykop
Blip
Flaker

